Dworzec Południowy

Verschenen in: ATLAS BRUSSEL

 

Dworzec wita zapachem smaru ruchomych schodów, kurzu ulicy i azjatyckich potraw kiepskiej jakości.  I nowa woń, wiercąca w nosie. Dobra, bo wyrazista.

Nie zawsze wyczuwalna dla tych, którzy mają czterdzieści milionów receptorów węchowych. Przy dwóch miliardach… Stop, trzeba działać.  

- Dokumenty do kontroli – policjantka staje na rozstawionych nogach przed trzema nastolatkami i wskazuje na plecak jednego z nich - Zdejmujemy ten tobołek, wybebeszamy zawartość.

Nerwowe szarpanie z zapięciem plecaka, oburzone pochrząkiwanie. Policjantka unika kontaktu wzrokowego z zatrzymanymi. Dobry ruch, daje jej jeszcze mocniejszą pozycję. Patrzy na działki trawy w lekko drżących młodych dłoniach. Zapada cisza. Ta cisza krzyczy, co sygnalizują mięśnie, 15 różnych mięśni uszu.

- Tym razem pouczenie – ton policjantki jest lodowaty - ale następnym razem was wsadzę.

- Czemu nas puściła?... - to szept jednego z niedoszłych zatrzymanych.

- Pewnie jej się spodobałeś. Kugar! -  drugiego dopiero teraz naszła fala odwagi.

Policjantka rzuca szybkie spojrzenie na swoje odbicie w mijanej szybie wystawowej. Czterdzieści pięć lat, krótkie włosy, błękitna koszula, czarne spodnie, ciężkie buty, latem te same, co zimą. Kamizelka ochronna, pistolet, pałka, kajdanki, zapasowy magazynek, latarka, radio. Z postawy bije czujność. Jeży się na każde zakłócenie porządku, strzyże uchem na obce języki, węszy za tym, co „niedworcowe”. Dworzec jest jej podwórkiem.

W „Panosie” zamawia dwie kanapki, jedną z jajkiem i majonezem, drugą z szynką parmeńską. Ślina od tego cieknie! Maszeruje z nimi do miejsca, gdzie leżą pielesze bezdomnych. Posłań jest mniej niż zimą, bo w taką pogodę można spać wszędzie, w parkach, czy przy bankomatach. Na dworcu zostali sami zatwardziali mieszkańcy, między innymi Profesor. Dostał mu się gruby materac po Praczce, ale wciąż śpi na kartonach, jakby uparł się cierpieć. Od czasu, jak Praczka uciekła z młodszym, słowotok Profesora,  jak zawsze pozbawiony znaków przestankowych, jest intensywniejszy. 

- Tyle się dzieje w środku człowiek robi się czerwony na twarzy poci się w nocy nie śpi – wskazuje nie wiedzieć czemu parę butów, które stoją równiutko ustawione w głowach posłania z kartonu - Pociąg do chaosu strach przed konstruktywnością bo dotarłszy do końca drogi dochodzi się do końca…

Policjantka podaje mu kanapkę, Profesor zagląda podejrzliwie pod liść sałaty, sprawdza, czy jest masło, nie cierpi majonezu. Wbija resztki zębów w świeżą bagietkę i żuje, tak, jak mówi - bez początku i bez końca. Na ubraniu ma więcej plam niż zwykle, efekt uboczny ucieczki Praczki.

Policjantka rusza w stronę szklanych drzwi. Avenue Fonsny przetacza się ciężarówka pełna stłoczonych kur. Wiozą je na zabicie. Kury pachną strachem. Jestem ssakiem, który zwycięża kury.

Przed wejściem na komendę policjantka przystaje pod plakatem towarzystwa ubezpieczeniowego. Dotyka serdecznego palca w odruchu głaskania obrączki, został jej po niej na skórze jaśniejszy ślad. Ktoś tak umocował ten plakat, do góry nogami? Upił się, czy co? Witajcie w świecie na opak!

Otwiera drzwi komendy i kieruje się do świeżo pomalowanych pomieszczeń. Zapach farby boleśnie wierci w nosie, aż rozgłośnie kicha. Ktoś łapie policjantkę za rękaw - kobieta nie ma zębów, palce przypominają szpony. Przesłuchujący ją policjant pochyla się, marszcząc czoło w widocznym wysiłku.

- Komar? – domyśla się w końcu.

Oczy pijaczki rozbłyskują, kiwa głową frenetycznie.

- Komar, komar – bełkocze.

- Co z komarem?

- Odleciał! Z pieniędzmi, skurwysyn!

Policjant zwraca się teraz do siedzącego na ziemi pijaka. Mężczyzna ma bułowatą twarz zabarwioną czerwonawo.

-  Panie pijaku, który mi wyglądasz na inteligentniejszego i nie na idiotę, skup się pan i powiedz: znasz pan Komara? Co to za jeden?

Pijaczka zawodzi, wszyscy na komendzie się na nią oglądają. Pijak siedzi nieruchomo z niezmienionym wyrazem na sinawej twarzy.

- Komar, Komar odleciał z pieniędzmi, całkiem go pojebało!... – lamentuje pijaczka.  

Nagle jej wzrok się wyostrza.

- Zut, muszę się odlać - obwieszcza trzeźwym głosem i podciąga w górę spódnicę.

A komar unosi się tuż, tuż, na wyciągnięcie szyi. Aaaa… psik! Kichnięcie zdmuchuje go w stronę wyjścia, jest teraz poza policyjnym zasięgiem.  

Wychodzą na patrol, upał na peronie wzmógł się od rana. Niby wiata chroni od słońca, ale gorąco wdziera się pod kamizelki, wyciska pot ze stóp uwięzionych w ciężkich butach.

- To szwendanie się wśród mętów!... – stęka policjant, ociera pot z policzka wierzchem dłoni pokrytej rudawymi włoskami – Nie myślałaś, żeby przejść do obyczajówki? Przynajmniej kariera jakaś.

- Kariera? – policjantka mruży oczy. Nie nosi przeciwsłonecznych okularów, im mniej przedmiotów na twarzy tym lepiej – Dla kobiety, w policji?

- No to ze mną podobnie – kiwa głową policjant, pot spływa mu po ogolonej czaszce – Przez mój polski akcent. Urodziłem się w Białymstoku…

Ale policjantka go nie słucha, wpatruje się w chłopaka przeglądającego trzy komórki, jej buty już wybijają twardy rytm na płytach peronu.

- Trzy telefony? Coś dużo dzwonisz. Pokaż, co masz w kieszeni – przygląda się wybrzuszeniu na piersi chłopaka.

Ten rzuca szybkie spojrzenie na schody. Trzeba go zablokować, zastawić odwrót własnym ciałem. Musi poczuć, że to nie jego terytorium.

Policjant wyciąga mu zza pazuchy kolejny telefon. Policjantka zakłada chłopakowi kajdanki,  popycha go przed sobą. Wściekły, odwraca się, jego wzrok obsuwa się na jej piersi, biodra.

- Pomyliłaś dworce – syczy. - Miejsce takich, jak ty jest na Dworcu Północnym.

Jeży się. Warczy, tak, żeby nikt nie usłyszał. Do komendy dochodzi na sztywnych nogach.

Na szczęście na komendzie jest wesoło, trafiają na chwilę, gdy Młody przepytuje jąkałę.

- Zzzz…. Psss… Nnno… - poci się mężczyzna w kraciastej koszuli.

Młody litościwie odwraca od niego wzrok, spogląda w papiery.

- Widzę, że przekładał pan tę rozmowę. Kilkakrotnie.

- Bbbb… Nnnn…

- Przez telefon się pan nie jąkał.

- Kkkk…

- Komar? – szepcze policjant do policjantki.

Robi to, żeby odwlec przesłuchanie. Ich zatrzymany to weteran, szesnaście razy złapany na kradzieży telefonów. Kradł, kradnie i będzie kradł. Spisywanie go to zbędna fatyga, pompowanie statystyk. A jeszcze trzeba z tego napisać raport.

- Kkkol… lll… - męczy się jąkała.

- Kolega? - domyśla się Młody. - Zadzwonił zamiast pana?

Na twarzy mężczyzny rozlewa się ulga. Młody drapie się w brodę końcówką długopisu.

- Może napisze pan odpowiedź? Będzie panu łatwiej.

- Założę się, że napisze linią przerywaną – mruczy policjantka.

Do pokoju wbiega Nowy.

- Mężczyzna z bronią, wejście od placu Victor Horta! Ma broń!

Zrywają się, wyciągają z szafek pistolety, wkładają kamizelki. Policjantka mija jąkałę, policjant sięga po zapasowy magazynek.

- Kieruje się w stronę peronów – woła Nowy od komputerów, pokazujących obraz z kamer porozmieszczanych na dworcu. - Peron czwarty, powtarzam peron czwarty.

Roztrącają podróżnych, przesadzają schody po dwa stopnie. Widzą go, mężczyzna w ciemnej koszuli biegnie wzdłuż peronu. Ruchomy kształt gna równolegle z pociągiem, trzeba wydłużyć krok, dłuższy, wilczy krok.

- Stać! – krzyczy policjant za uciekającym.

Mężczyzna przyspiesza.

- Stać! - wrzeszczą na zmianę z policjantką.

Mężczyzna odwraca się i strzela. Odgłos rozdziera uszy, ale trzeba dalej biec, sprawdzenie reakcji na strzał jest jednym z testów poprzedzających przyjęcie na szkolenie do policji.

Naraz u góry schodów ukazuje się głowa Młodego, jest bliżej celu niż oni. Wyciąga pistolet.

Ścigany nagle zwalnia, zgina się, jakby w ataku kolki.

- Przestań! – krzyczy policjantka, choć Młody jest zbyt daleko, by usłyszeć.

Podbiegają do niego. Postrzelony zwija się na boku, podciąga uporczywie nogi pod siebie, jakby ziemia była ścianą, na którą chce się wdrapać. Wytrzeszcza oczy, dyszy. Jest kłębkiem bólu, kłębki bólu pachną żelaziście.

- Po co strzelałeś trzy razy?! – krzyczy policjantka do Młodego.

- Za pierwszym razem nie pokazała się plama krwi... – Młody patrzy przerażony na swojego rówieśnika.

- Co to, kurwa, film?!

Blokują schody, nikt nie może wejść na peron. Ci, którzy już na nim są, boją się wstać z kucek. Nowy odprowadza ich do schodów, tych, którzy się ociągają, szturcha stanowczo. Nie ma gapienia się, to nie przedstawienie.

Krew pompuje się szczodrze, niewidoczna na czarnej koszuli, wycieka na dżinsy. Policjantka uciska bijące pod jej dłonią ciepło. Plama się powiększa, twarz mężczyzny niebezpiecznie się zapada, ma słaby zarost, starczyło go tylko na kozią bródkę. Policjantka trzyma go za przegub, liczy uderzenia pulsu.

- Szybciej, szybciej – cedzi przez zaciśnięte zęby. 

Z megafonów padają przeprosiny za utrudnienia w ruchu. Pociągi odjeżdżają z innych peronów, turkot ich dużych kół przykrywa odgłos małych, tych w ciągniętych walizkach. Ruch tuszuje bezruch, podłużny kształt nieruchomieje, podróżni wciąż się spieszą. I tylko komary przystają w locie zwabione słodkawym zapachem leżącego ciała.

Na komendzie zapach farby świdruje w nozdrzach, rozkłada się bólem z tyłu czaszki. Policjantka ma za paznokciami ślady krwi. Powinna iść do łazienki, ale nagle brak jej sił. Przed oczami wciąż majaczy twarz postrzelonego.

 „Sytuacja wygląda w sposób następujący. Interwencja związana z…” – podsumowuje ich szef. Brzmi jak mądra sroczka. Ścigany obrabował kilka stacji benzynowych, na ostatniej trafił na tajniaka, który zaczął go gonić. Mężczyzna wpadł na dworzec, żeby się ukryć w tłumie. Trafiony trzy razy, stracił wiele krwi. Lekarz nie odważył się go ruszyć, zarządził transfuzję na miejscu. Krew wiózł kurier na motorze, żeby było szybciej. Traf chciał, że tego dnia w Brukseli trwało spotkanie ministrów najbogatszych krajów świata. Blokady, korki i objazdy. Kurier nie zdążył.

- Z daleka myślałem, że to Marokańczyk – świszcze szept policjanta. – Że też obcy…

Policjantka wstaje, ale zamiast do łazienki, zbiega na dół. Fizycznie czuje się wolna, gdy jest na zewnątrz. Przystaje, chwyta łapczywie powietrze. Tuż przed nią wynurza się znienacka czyjaś twarz – zza filara wychodzi bezdomny. Bełkocze coś, udaje, że jej nie poznaje. Rok się już mijają, a on nie wypowiedział ani słowa w żadnym zrozumiałym języku, memła tylko te swoje obce słowa. Wyciąga do policjantki rękę, czegoś chce, ale ona krzyczy:

- A gówno ci dam, obślunie! Zbierasz kasę na mercedesa, czy jak?!

Obok niej wyrasta Nowy, podsuwa jej papierosa. Zaciągając się krzywi się, żeby wyglądać doroślej. Patrzy na widoczne po drugiej stronie torów tramwajowych legowiska bezdomnych. Przy jednym stoi deskorolka, przy drugim gazety i książki, to posłanie Profesora. Nawet z tej odległości czuć słabą, bo słabą, ale jednak smugę szynki parmeńskiej. Głód, głód!

- Wiesz, że psy widzą w ciemności lepiej niż my? – Nowy zagaduje policjantkę.

Wszyscy wiedzą, że lubi  kobiety starsze od siebie.

- A nie koty? – policjantka zapala papierosa i oddaje mu zapalniczkę.

Po drugiej stronie torów bezdomni, nie czekając aż zapadnie noc, układają się do snu. Komuś spod koca wystaje dłoń, innemu czubek głowy. W świetle dworcowej latarni widać krążące nad nimi komary.

- Lucidum tapetum – Nowy celuje w jednego słupek papierosowego dymu - Warstwa naoczna, która odbija światło z powrotem do komórek receptorowych oka. To dlatego pole widzenia psów w nocy jest lepsze niż ludzi.

Na zielonej barierce oddzielającej torowisko tramwajów od pasa, gdzie leżą bezdomni, bieli się napis: „Za tą linią strefa kontroli”. Obłe kształty pod kocami nieruchomieją. Jak tamten na peronie czwartym. Tylko, że ci po drugiej stronie torów jutro się obudzą.  

Nowy zabija komara, który siada mu na czole, nad nosem zostaje krwawa smuga. Nowy wygląda teraz, jak Indianin z kowbojskich filmów.

- Nie dość, że psy lepiej widzą, to reagują odruchowo, akcja-reakcja. Nie myślą abstrakcyjnie, tak jak ludzie…

Policjantka dusi papierosa butem. „Wreszcie coś zjeść!” i  „Żywy punkt w czasie, który nieustannie się przemieszcza. To teraźniejszość” – te dwie myśli krzyżują się w wibrującym bzyczeniem powietrzu. Jej ręka wędruje w dół, palce z wyczuwalną przyjemnością zanurzają się w ciepłej psiej sierści.


De vertaalde tekst lees je in de papieren versie van DW B 2017 1 ATLAS BRUSSEL.